Najgorsze jest zepsucie najlepszego (zepsute najlepsze staje się najgorszym)…
Dziś było tak, jak się w sumie mogłam spodziewać… Nic dobrego się nie stało. Wcześniej wspomniana koleżanka dalej ze mną nie rozmawia, druga za to nie ma chyba pojęcia jak się zachować. Jest ‘rozerwana’ pomiędzy mną i Patrycją, która mimo, że ze nie zamierza się już ze mną kumplować, zapytała o moje samopoczucie, zamieniła kilka słów, ale to nie była rozmowa… W szkole dzisiaj długo nie posiedziałam. Jedna godzina lekcyjna wystarczyła do totalnej załamki… Nie wytrzymałam już psychicznie tej całej sytuacji. Mama, jak to mama, gdy tylko zobaczyła, że coś jest nie tak, zwolniła mnie u wychowawcy (który nagle się mną zainteresował…) i zawiozła do domu. Położyłam się spać i gdy wstałam czułam się już trochę lepiej. Niby wcześniej obiecałam sobie, że będę silniejsza od nich wszystkich (czyt. wrogów z klasy), ale po prostu jakoś mi to nie wychodzi… Może po prostu jestem za słaba, ale mimo wszystko tak szybko nie zrezygnuję. Mam nadzieję, że tylko trochę się pomęczę, a później na przykład przywyknę lub sytuacja się polepszy. Może też zamiast do znajomych przywiążę w końcu większą wagę do nauki? Szkoły tak na prawdę nie chcę zmieniać ze względu na niektóre osoby, którym pewnie zrobiłabym przykrość przenosząc się, ale też ze względu nawet na samo przywiązanie do niej i poziom, bo to na prawdę dobra szkoła, mimo krążącej w okolicy złej opinii… Odczekam trochę i zobaczę jak będzie.
Jutro za to dołączy do grupy wczoraj wspomniana laska, która jest jedną z osób, za którymi nie przepadam najbardziej… Ciekawa jestem jak poradzi sobie na tym kierunku i czy pomoc wychowawcy w nadrobieniu zaległości w czymś pomoże…? Tak ogólnie, co do niej… Od początku roku widać było, że za sobą nie przepadamy.Różne głupie docinki, plotki, itp. Ale dość niedawno się ‘pogodziłyśmy’. Myślę, że stało się to tak ‘zewnętrznie’, ale wewnątrz siebie nadal jesteśmy sobie wrogie. Powodem była prawdopodobnie groźba wychowawcy, że jeśli klasa się nie zgra, odda nas komuś innemu. Dzisiaj nie wiem czy podjęłam słuszną decyzję godząc się z nią, nie wiem, czy nie wolałabym zmiany wychowawcy, praktycznie nic już chyba nie wiem…
Zauważyłam za to, że przysłowie, które śledzi mnie już od najmłodszych lat, na którego temat nie jeden raz rozmawialiśmy w szkole, coś w sobie ma… “Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” <- jakoś tak to szło… Już nie tylko wierzę w to w teorii, ale przekonałam się też w praktyce. Teraz, gdy prawie cała klasa się ode mnie odwróciła, tylko nieliczne osoby (w różny sposób, ale to zawsze coś) mnie wspierają i na nich widocznie mogę polegać. Szczerość to jedna z ważnych cech moim zdaniem. Wolę usłyszeć gorzką prawdę niż słodkie kłamstwa, które i tak kiedyś wyjdą na jaw. Fałszywych ludzi, którzy są mili tylko, gdy czegoś potrzebują, po prostu tępię i nie trawię.
PS: Dziękuję tym kilku osobom, które miałam na myśli pisząc pierwsze zdania w akapicie wyżej oraz rodzicom za wsparcie, o! ![]()